wtorek, 15 lipca 2014

3. Cigarettes, beer and sketches



Następny rozdział pojawi się, kiedy zobaczę pod postem 3 komentarze :v (a jest on gotowy więc może wstawię nawet jutro... ;p) 

***
-Może usiądziemy? – uśmiechnąłem się i wskazałem ręką na wolny stolik gdzieś z boku. Gerard wzruszył ramionami i po chwili siedzieliśmy już we czwórkę racząc się tanim piwem.
-Chuck mówił, że Nolan ma lepszy towar i dzisiaj go dostarczy. – powiedział Andy odkładając pusty kufel na blat.
-Lepszy towar mówisz… pójdzie w obieg? – nie zwracałem uwagi na Wayów chociaż widocznie zainteresowali się rozmową.
-Obieg? – Andy zaśmiał się – To nasza działka za pomoc. Powiedziałem Nolanowi, że tym razem koka zastąpi hajs.
-Zwariowałeś?!  - wykrzyknąłem nagle strasząc samego siebie. Zamknąłem oczy i odetchnąłem. –Potrzebuję kasy jełopie, nie kolejnej nocy na haju!
-Wyluzuj, to tylko jeden raz!
-Jeden raz?! Już kiedyś odwinąłeś podobny numer i obiecałeś, że to się nie powtórzy!
-Wyluzuj… jeśli nie chcesz, chłopaki mogą przyjąć twoją działkę. Prawda?
Starszy Way milczał w osłupieniu a młodszy ni to z wesołością, ni z zakłopotaniem chichotał patrząc w swój kufel.
-Nie ma sprawy, Andy. Ale nie sądzę, że Frank zechce się podzielić. – powiedział nagle Mikey widząc moją naburmuszoną minę.
-Bierzcie. Bierzcie kurwa ile chcecie. Ale mnie w to więcej nie mieszajcie! – zacisnąłem pięści pod stołem. –Kończę z tym. Znajdę normalną pracę i chuj mnie ‘szybka kasa’! – zostawiłem banknot pięciu-dolarowy na stole i wstałem przepraszając po drodze Gerarda który blokował mi przejście. Andy nawet nie wstał, nie próbował mnie namówić. Pewnie już obmawiali to z Mikey’im. Będzie mieć nowego kolegę po fachu. Cholera. Mam dość tego gówna ale kumpla nie chcę stracić. Wyszedłem z baru. Po chwili zatrzymałem się przy jakimś budynku i oparłem o ceglaną ścianę. Z nerwów zacząłem przeszukiwać kieszenie w poszukiwaniu fajek, zapominając, że ich z domu także nie zabrałem.
-Tego szukasz? – odezwał się nagle znajomy głos wyrywając mnie z rozmyślań dotyczących przyszłości.
Spojrzałem przed siebie i ujrzałem Gerarda wyciągającego paczkę papierosów. Uśmiechał się nieśmiało i czekał na moją reakcję. Ja jak debil stałem z rozdziawioną gębą i patrzyłem się na niego. O czym to ja…
-Dzięki – wydukałem biorąc jedną fajkę od znajomego. –Masz ogień?
Way podał mi zapalniczkę.
-Mój brat to kretyn – powiedział odbierając swoją własność.
-Tak samo jak mój przyjaciel – westchnąłem. To prawda, w głowie mu tylko kasa, dragi i upijanie się do nieprzytomności. –Widzę, że ty taki nie jesteś.
-Nie – zaśmiał się uroczo. – Ja jestem tym dziwnym bratem który trzyma się na uboczu.
-Więc nie jestem sam. –wzruszyłem ramionami. Nagle oboje zaczęliśmy się śmiać. W tej chwili czułem, że się rozumiemy. Spojrzałem mu w oczy, lekko przykryte pasemkami ciemnych włosów mając wielką ochotę, by odgarnąć je i odkryć w stu procentach to, co kryje się w jego spojrzeniu. Zaraz. Co?!
-Gdzie się wybierasz, Frank?
-Właściwie, to nawet nie mam pomysłu… stąd do mnie jest pół godziny drogi. Chyba pójdę do domu… - spojrzałem na chłopaka który zastanawiał się nad czymś. Odezwał się nagle podekscytowany.
-Wiesz co? Dwie ulice dalej znajduje się urocza kawiarenka. Często tam chodzę żeby rysować i pić pyszną kawę którą serwują. Może chciałbyś tam ze mną pójść?
-Mmm, kawa. Czytasz mi w myślach, wiesz?
-Cieszę się. – Gerard uśmiechnął się przyjacielsko i ruszyliśmy. Szedłem zdając się na Gerarda, który znał drogę na pamięć.
-Ty nie zapalisz? – spytałem wydychając gęsty dym.
-Ograniczam.
-Dla zdrowia?
-Właściwie, to testuję swoją wytrzymałość. –skwitował czarnowłosy.
-Więc pozbywasz się fajek na prawo i lewo, kiedy tylko nadarzy się okazja? – uśmiechnąłem się wsłuchując w własny żart.
-Coś w tym rodzaju. –odpowiedział chłopak z nutką ironii w głosie. Wywaliłem peta i próbowałem nadążyć za chłopakiem.
Chwilę później znaleźliśmy się w przytulnej kawiarence. Była oszczędnie urządzona ale zapraszała do siebie bez dwóch zdań. Od wejścia poczułem zapach świeżej kawy i ciasta. Aż zgłodniałem.
Gdy usiedliśmy Gerard od razu wyjął szkicownik. Podeszła do nas młoda blond kelnerka. Czarnowłosy z obojętnością wymienił swoje zamówienie i po chwili zerknął na mnie, oczekując, że też to zrobię.
-Ja poproszę to samo – odparłem zmieszany. Rzeczywiście, stały z niego bywalec.
-Co będziesz rysować? –zapytałem opierając łokcie o blat.
-Będąc tu zwykle portretuję klientów. Zechciałbyś zostać moim dzisiejszym modelem? –zapytał z nadzieją.
-Jasne – odparłem bez wahania. Chciałbym zobaczyć cząstkę umiejętności Waya, choćby dlatego, że z jego ogólnego opisu i własnych dopowiedzeń zorientowałem się, że jest naprawdę zawziętym artystą i ceni sobie sztukę. Jestem ciekaw, czy talent dorównuje tym aspiracjom. 

Gdy dopijaliśmy kawę a Gerard kończył rysunek byłem zmuszony by patrzeć cały czas wprost na niego. Nie wiem, czy mnie to jakoś zniechęciło. Widok ten o dziwo wcale nie był taki zły. Gee przyciągał do siebie. Przez ten niedługi czas, zdążyłem przyjrzeć się jego oczom. Miały niebywały odcień. Dojrzałem w nich to z jaką pasją pracował. Nad rysunkiem przedstawiającym mnie. Czy powinienem czuć się zaszczycony? Nowy, charyzmatyczny kolega już w pierwszym dniu naszej znajomości wykonuje mój portret. Czy to jest coś osobistego? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Aż do teraz. Po chwili Gerard obrócił szkicownik w moją stronę bym ujrzał skończony rysunek. Był piękny.
-Jejku.. – tylko tyle byłem w stanie z siebie wydusić. –Masz wielki talent.
-Dziękuję – Gerard uśmiechnął się po czym schował swoje przybory do torby.
-Więc… -zaczął nagle gdy moje myśli odpływały w jakimś dziwnie artystycznym kierunku – Chcesz znaleźć normalną pracę?
-Tak jakby. Jutro pochodzę po okolicznych sklepach i popytam czy kogoś potrzebują… a co?
-Nie nic, ale zaimponowałeś mi.
-Naprawdę, czym? –spojrzałem z uwagą na chłopaka który w tej chwili przejechał językiem po dolnej wardze. Poczułem dziwny dreszcz.
-Zdecydowałeś się na uczciwe życie. Jesteś młodym człowiekiem i jestem pewien, że nie jeden myślał już o powrocie na właściwą ścieżkę. Oni myśleli a Ty to zrobiłeś. To imponujące.
-Dzięki… - Ten chłopak potrafi podnieść na duchu.
Pożegnaliśmy się gdy Gerard stwierdził, że musi odwiedzić babcię. Opowiedział mi chwilę o tej kobiecie i chyba jest z nią naprawdę mocno związany. Mikey twierdzi, że jego brat jest dziwakiem. Może to dobrze. W gruncie rzeczy, Gerard jest dobrym człowiekiem i wcale nikomu nie wadzi. Jego oryginalność nie budzi wcale odrzucenia. Ten chłopak przyciąga do siebie i mimo iż poznałem go kilka godzin temu, mam wrażenie jakbyśmy znali się już od dawna. 

Udałem się powoli w stronę domu z uśmiechem na twarzy. Rodzice są w pracy do późna więc nie będzie problemu z tym, że wracam kilka godzin przed zakończeniem lekcji. Po drodze postanawiam wstąpić do sklepu z płytami, żeby zobaczyć czy mają album za którym rozglądam się od dłuższego czasu. Przeszukałem wszystkie półki w dziale z ‘rockiem’ ale płyty brak. No trudno. Po chwili mnie olśniło więc podszedłem do kasy.
-Szukacie może  pracowników?

3 komentarze:

  1. To jest świetne. Postacie i sytuacje, w których się znajdują są tak dobrze opisane, że nie można tego o tak przestać czytać. A Gerard jest naprawę intrygującą postacią.
    Już czekam na następny rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawie się zaczyna. Życzę, dużo weny

    OdpowiedzUsuń
  3. Daje znak ze czytam i ze generalnie to mi sie podoba. Historia idzie do przodu i dobrze przemycasz Franciszkowe zafascynowanie Gee :)
    Musisz popracowac nad jezykiem bo masz troche kalamburow ale to wszystko kwestia praktyki i czytania.
    Pisz dalej

    OdpowiedzUsuń