wtorek, 16 września 2014

15. Don't worry

Dłuższy niż poprzedni, tadam! Bez zbędnego gadania, odsyłam do czytania ( i komentowania) 

Reckless Ghost xx



***





Leżeliśmy wtuleni w siebie jeszcze przez jakiś czas. Żaden z nas nie odezwał się ani słowem, by nie zakłócić spokoju, by nie zniszczyć tej aury, nie odebrać nam ostatnich wspólnych chwil. Jeszcze tego samego dnia miałem udać się do szkoły by zaliczyć sprawdziany o których dowiedziałbym się wchodząc do klasy. Na pewno były jakieś sprawdziany. Kartkówki, testy czy zadania sprawdzające. Zawsze kurwa były i zaskakiwało mnie to za każdym razem. Zmuszony by przerwać jedne z najmilszych chwil w moim życiu, będę musiał stawić czoła szkolnej rzeczywistości. Pewnie jak zwykle postaram się olewać natrętów z klasy, wymuszając jedynie uśmiech kierowany do mojego jedynego przyjaciela. Andy był zapewne zbyt zajęty swoją cizią i nawet nie zauważyłby tej istotnej zmiany w moim zachowaniu. Pałałem teraz niechęcią do całego społeczeństwa. Nawet do tego zwariowanego głupka z którym spędzałem każdą chwilę od kiedy poznaliśmy się w IV klasie.

W tym momencie czułem, że bez Waya nie dam rady. Wiem, że to głupie i zachowywałem się jak zakochana nastolatka, ale chyba właśnie kimś takim w tym momencie byłem. Może nie dosłownie ‘zakochaną nastolatką’, ale po prostu zauroczonym szczeniakiem.

Gerard miał własne problemy które były górą lodową przy kupce topniejącego śniegu, jakimi zdawały się być moje. Jego babcia zmarła nagle co było ciosem dla całej rodziny Wayów. Gee jednak nie wspomniał o tym od momentu gdy wciągnął mnie do auta uprzedniego dnia. Sądzę, że nie chciał mnie tym dołować ale równocześnie sam próbował odciągać swoje myśli od tej strasznej tragedii. Uprawialiśmy seks do cholery jasnej, zabawialiśmy się zapominając o bożym świecie, kiedy inni domownicy pałętali się niczym zbłąkane dusze szukając zapomnienia w stosowniejszych zajęciach. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że gdy leżałem z twarzą przyciśniętą do chłodnego prześcieradła rozkoszując się chwilą, rodzina mojego chłopaka przebywała w niewielkiej odległości, pozbawiona prądu z możliwością wsłuchiwania się jedynie w stukające o parapety krople deszczu i grzmoty lub swoje wzajemne głosy. Kolejną opcją były niezduszone jęki wydawane przeze mnie i Gerarda. Przez moje ciało przeszedł dreszcz obrzydzenia. Skrzywiłem się nachylając nad łóżkiem. Zachowywaliśmy się jak cholerni ignoranci. Kurwa.

Poskładałem pościel która nieczysta po naszych nocnych gierkach miała zaraz wylądować w koszu na pranie, albo nawet i od razu w pralce. Gerard chciał dopilnować, by wszystko wydawało się w jak najlepszym porządku. Po jego minie wywnioskowałem, że denerwuje się ewentualnym niepowodzeniem. Pierwsza osoba która się do nas przypieprzy, gdy postanowimy opuścić pomieszczenie to Mikey. Jak się zorientowałem, jego pokój znajdował się zaraz za zachodnią ścianą pomieszczenia w którym spędziłem noc z jego bratem. Jeśli nie założył na uszy słuchawek, lub po prostu nie zasnął pewnikiem było, że o wszystkim wie. Albo się domyśla. Jestem w jego oczach skończony zupełnie jak Gerard. Teraz znajdowaliśmy się na tym samym poziomie. Dwa pedały, dziwaki stąpające nie wiadomo jakim prawem po tej boskiej ziemi, stworzonej na potrzeby osobników heteroseksualnych. Mogę zapomnieć o spotkaniu z Rayem i Mattem. Mikey mnie do nich nie dopuści i pewnie sam będzie trzymać się ode mnie z daleka. Myślałem, że znalazłem paczkę dla siebie. Ludzi z podobnymi gustami z którymi mógłbym spędzić czas. Była przecież nadzieja że i Gee do nich dołączy. Moglibyśmy razem przesiadywać na poddaszu u Matta i pogrywać na instrumentach znane kawałki a może i nawet wymyślać coś własnego. Przez głowę przeszła mi szalona myśl jakobyśmy mieli stanowić rockowy zespół. Zaśmiałem się kryjąc twarz w dłoni.

-Co ci tak wesoło? – Gerard spojrzał na mnie z ukosa marszcząc brwi. Coraz bardziej się denerwował, zupełnie jak ja.

-Wyobraźnia mnie zaskakuje. Hej, Gee, umiesz śpiewać? –zaśmiałem się wyobrażając sobie popisy wokalne czarnowłosego przy czym zgarnąłem starannie poskładaną pościel z materaca. Zostało na nim tylko rozmemłane prześcieradło na którym pozostały niewielkie plamki krwi i pożółkłego płynu. Dopiero teraz to zauważyłem, dopiero w tym momencie zorientowałem się, że krwawiłem. Rozdziawiłem usta w  lekkim szoku znów przypominając sobie o  piekącym bólu, który starałem się ignorować od pobudki. Gerard zauważył moje zmieszanie, więc szybko zerwał materiał zwijając go w dłoniach jak na szpuli. Pech chciał, że krew nieznacznie przesiąkła i splamiła lewy dolny róg materaca.

-Ja pierdole – skwitowałem wpatrując się w centymetrową kropkę którą starałem równocześnie wymazać siłą umysłu. Coś mi to kurde nie wychodziło. Gerard zaśmiał się cicho rozładowując poniekąd napięcie, okrążył łóżko i odebrał ode mnie lekką kołdrę wraz z poduszkami. Swoją drogą jego tors nadal był nagi, raził bladością i przypominał o przyjemnych doznaniach związanych z naszym stosunkiem. Sądzę, że teraz wszystko będzie mi o tym przypominać, każdy jego intymniejszy gest czy spojrzenie kryjące w sobie nutkę pożądania, będzie dla mnie skokiem w przeszłość do nocy w której straciłem jebane dziewictwo. Chłopak odwrócił się stąpając w stronę drzwi. Klapnąłem na łóżko tracąc poczucie stałości lądu na którym się uprzednio znajdowałem. Wpatrywałem się w jego nagie plecy, czarne jak smoła włosy plączące się lekko na karku i nieznacznie zaokrąglone biodra na których zaciśnięta została gumka dresowych, ciemnych spodni. I to wszystko moje. On jest mój.

-Zobaczę czy ktoś jest na chacie, okay? – chłopak odwrócił się w moją stronę łapiąc klamkę wolną dłonią. Oprzytomniałem i gwałtownie pokiwałem głową na znak zrozumienia.
-Spoko – oparłem się dłońmi o materac przyjmując niezwykle wyluzowaną jak na mój gust pozę. –Mógłbyś też przynieść coś do żarcia. – posłałem mu słodki proszący uśmiech, mając nadzieję, że spełni moją prośbę.
-A ty w tym czasie mógłbyś się ubrać. Mnie tam twoje nagie ciało nie przeszkadza alee… - Way zacisnął zęby i syknął w pełen komizmu sposób, dając mi do zrozumienia, ze o czymś wyraźnie zapomniałem. –Weź coś z mojej szafy. – zakończył po czym wyszedł za drzwi.

Szczerze mówiąc z początku nie przeszkadzało mi to, że paradowałem przed nim nago. Czułem się jak u siebie, jakbym przebywał z osobą która zna moje ciało na tyle, by nie oplatać go wzrokiem za każdym razem gdy mignie mu przed oczami. Tak, tak to sobie tłumaczyłem. W gruncie rzeczy po prostu nie zadbałem o to by coś na siebie włożyć. Byłem również zaabsorbowany istotniejszymi sprawami, jak doprowadzenie sypialni Waya do porządku.

Gdy Gerard całkowicie zniknął mi z oczu od razu podbiegłem do jego szafy by poszukać czegoś do ubrania. Gdzieś tam na dole piętrzyły się moje świeżo wyprane łachy. Wolałem jednak nie wylatywać z gołą dupą w razie gdyby ta niezmącona cisza ogarniająca dom, okazała się złudna. Rozsunąłem trzy-skrzydłowe drzwiczki które złożyły się po lewej stronie dając mi pełen dostęp do garderoby Gerarda. Złapałem palcami materiał z którego składała się czarna, elegancka przygotowana prawdopodobnie na pogrzeb marynarka. Przejechałem po wszystkich wieszakach zauważając, że większość ubrań Waya to czarne bluzy, t-shirty czy też koszule. Między nimi dojrzałem coś czerwonego, a za tym czymś rękaw białej koszuli który zaginał się na rogu polarowej, granatowej bluzy. Zerknąłem w bok, by znaleźć stertę koszulek piętrzących się na jednej z kilku pionowo ustawionych półek. Sięgnąłem po pierwszą lepszą, trafiając na szary t-shirt z Batmanem i Robinem. Uśmiechnąłem się. Jedne z moich ulubionych postaci z DC Comics. Przełożyłem zwiewny materiał przez głowę i zerknąłem w niewielkie lustro wiszące przy rogu ściany. Za duża. Jak zwykle. Byłem niski, drobny, blady i łatwo było mnie zgubić w tłumie, albo pomylić z wampirem.- przez jedno spojrzenie wystawiłem recenzję swojego ogólnego wyglądu. Gerard był ode mnie wyższy, masywniejszy ale tak samo chorobliwie blady. Dodawało mu to niespotykanego uroku i tajemniczości kojarzonej z typem artysty, którym definitywnie był.  Spojrzałem na swoje nagie, chude jak patyki nogi i zwisającego między nimi członka. Gdzie do cholery jasnej są moje gacie. To znaczy, te które wczoraj miałem na sobie…
Zostawiłem szafę otwartą i rozejrzałem się po podłodze. Dostrzegłem długopis o który prawie się wyrżnąłem w nocy. Spowodowało to kolejny uśmiech który od razu rozweselił całą moją twarz. Schyliłem się zaglądając pod łóżko. Wśród kurzu i szczelnie zapakowanych kolekcjonerskich zabawek dostrzegłem kawałek materiału. Sięgnąłem po niego wyciągając rękę najmocniej jak potrafiłem i zgarnąłem zgubę, wraz z kilkoma papierkami, które stanowiły resztki opakowań po ciasteczkach. Co za bałaganiarz.
Gdy mój tyłek, jak i również nogi były już zabezpieczone przed spojrzeniami ewentualnych świadków, pająków czyhających na ścianach czy też much latających przy oknach, postanowiłem wyjść z twierdzy w której się ukrywałem. Dotarłem do drzwi i przy okazji wziąłem kolczyk leżący na komodzie tuż przy nich. Zapomniałbym o tym, a tak to sprawię przyjemną niespodziankę Gerardowi.
Włożyłem kolczyk na miejsce i ruszyłem w stronę schodów. W domu panowała grobowa cisza, przerywana jedynie moimi krokami. Stąpałem ostrożnie, by deski za głośno nie skrzypiały. Jakoś nie zbyt chciałem psuć tej ciszy, zakłócać spokoju. Taka atmosfera pasowała mi do miejsca w którym żyje Way. W takim mieszkaniu chciałbym przebywać na co dzień. Klimat w moim własnym był zupełnie inny. W powietrzu gromadziło się napięcie zwiastujące kolejne kłótnie czy też po prostu nieprzyjacielskie wymiany zdań. Jedynie z matką czasem od tak rozmawiałem, zwierzałem się odkrywając część siebie niestety  nadal pozostając dla rodzicielki niezwykle tajemniczym.

Złapałem dłonią balustrady i zwróciłem się w stronę schodów. Nagle usłyszałem coś jakby obijające się o siebie plastikowe butelki, do których dźwięku dołączyło po chwili rozbijane szkło. W tym momencie do moich uszu doszło również głośne przekleństwo które wydobyło się z ust wkurwionego Gerarda.
Zbiegłem truchtem po schodach po czym skierowałem się przed siebie, do kuchni. Chciałem dokładnie przeszukać wszystkie pomieszczenia, tak na wszelki wypadek. Rozejrzałem się zauważając jedynie dwie puszki coca-coli i karton świeżego mleka leżące na stole. Po chwili moją uwagę przykuła karteczka przyczepiona magnesem do lodówki. ‘Musiałam jechać do pracy, przeproś ode mnie Franka. Macie tu coś na śniadanie – mama’ Odetchnąłem po tym jak przez kilka sekund nieświadomie wstrzymywałem powietrze. Czyżbym bał się, że wiadomość będzie brzmieć inaczej? Przez chwilkę podejrzewałem w jej miejscu krótką notkę na którą składałoby się jedno zdanie: ‘Następnym razem pieprzcie się ciszej- Kochający Rodzice i zdegustowany Mikey’. Moja cholerna wyobraźnia nie zna granic, poważnie.

Zaśmiałem się w duchu z własnej głupoty i przez salon przeszedłem pod drzwi znajdujących się obok wyjściowych. Usłyszałem zza nich dźwięk wirującej pralki, co wskazywało na obecność mojego chłopaka w tym miejscu. Mój chłopak – lubię tak o nim myśleć. Daje mi to poczucie przynależności do czegoś ważniejszego, w tym przypadku do związku wyjątkowego jak żaden inny. Związku który wykraczał po za granice ludzkiego światopoglądu gdzie pary stanowili zazwyczaj kobieta i mężczyzna. W tej chwili poczułem się wyjątkowo nie przez sam fakt łamania zasad, a jako mały punk czerpałem z tego wielką przyjemność, a przez świadomość tego, jak cudownym, odmiennym człowiekiem jest mój partner.
Otworzyłem ciężkie drewniane drzwi i zszedłem kilka stopni w dół po nielakierowanych schodkach. W rozświetlonej niewielką żarówką piwnicy stał Gerard, a może raczej modlił się nad pralką. Stawiłem krok na betonowej, zimnej podłodze i rozejrzałem się dokoła. Niewielka piwnica z regałem na przetwory i dwoma pralkami z których jedna wyglądała na nieużywaną od lat. Przy piwnicznym okienku piętrzyło się kilka zakurzonych rowerów i poustawiane w niewielką wieżyczkę pudła po domowych sprzętach.

-To jak kotek, dom jest pusty? –zapytałem nagle tonem w którym kryła się udawana, niemal teatralnie podkreślona zmysłowość. Chłopak odskoczył od pralki i spojrzał na mnie speszony. Chyba przerwałem mu jakąś chwilę samotnej kontemplacji.
-Jezu, Frank… - Gerard zacisnął powieki i marszcząc nos złapał się za niego opuszkami palców. –Przestraszyłeś mnie idioto – prychnął po czym skierował się w moim kierunku. Na ramiona narzucony miał szlafrok czego wcześniej nie zauważyłem.
-Sorki? – uśmiechnąłem się przepraszająco.
-Tak, dom jest pusty – Czarnowłosy oparł się o mnie i złapał dłońmi za plecy przyciągając bliżej siebie. –przynajmniej tak sądzę… -szepnął mi do ucha zastygając w bezruchu na większą chwilkę. Poczułem jak pot gromadzi się na moich skroniach. Jak to, ‘przynajmniej tak sądzę’? Spojrzałem na niego zbaraniały nie wiedząc jak powinienem w tej chwili zareagować. Byłem zbyt nerwowy, to na pewno.
-Zapomnij – chłopak włożył nos w zagłębienie mojej szyi oddychając ciężko. Stłumionym przez moje ciało głosem dodał – To tylko moje urojenia, nie spinaj się Frankie – na te słowa i zdrobnienie własnego imienia rozluźniłem się nieco, nadal pozostając jednak podejrzliwym. Nie znam się na przeczuciach czarnowłosego, nie mam pojęcia jak często to urojenia okazują się prawdą, więc w tym momencie nie mogłem jednoznacznie orzec, czy chłopakowi się zdawało a dom jest całkowicie pusty.

-Głodny? – Gerard wsunął swoje palce w moją luźno zwisającą przy pasie dłoń. Nie słysząc odpowiedzi zaczął  prowadzić mnie niczym dziecko w górę schodów.
-No mówiłem, że chce mi się jeść – odparłem przewracając oczami. Podreptałem za chłopakiem by nie wypuścic  jego dłoni ze  swojej.

Rozsiedliśmy się na kanapie w salonie z miskami płatków, stawiając uprzednio puszki z napojem na stoliku do kawy. Gerard włączył telewizor i zabrał się za jedzenie patrząc głupio w ekran. Zgapiłem to po nim kończąc swoją porcję kilka chwil po tym gdy on odstawił pustą miskę na blat. Z pustymi rękoma przysunąłem się bliżej niego po czym położyłem się niepewnie na jego kolana. Opadłem miękko wyczuwając pod uchem leciutkie wybrzuszenie, nie wskazujące na ewentualne podniecenie. Skuliłem się i złapałem palcami za jego podbródek by skierować  twarz czarnowłosego na swoją osobę. Gerard ocknął się wraz z moim dotykiem i uśmiechnął ciepło odpowiadając na mój rozweselony wyraz twarzy.
-Powinniśmy zbierać się do szkoły – odparł poważnie.
-Eeeee – odpowiedziałem serią sprzeciwiających się odgłosów.
-Franku Iero, musisz się uczyć i zdobywać  dobre oceny, bo inaczej szlaban na miesiąc. – dodał jeszcze bardziej poważnie nie wytrzymując jednak mojego proszącego spojrzenia i wydętych w smutnym grymasie warg. Wybuchliśmy śmiechem równocześnie. Chłopak skulił się nachylając nade mną a ja z nosem w materiale jego koszulki próbowałem opanować salwy śmiechu.
-Możemy zostać jeśli chcesz, ale nie wiem co na to twoi rodzice – Gerard opanował się chwilę później by wznowić rozmowę.
-W dupie to mam – prychnąłem i złapałem chłopaka po czym  wsunąłem dłonie za jego plecy i splotłem  ze sobą palce tak, że w tym momencie nie dałby rady mi uciec. –Czyli zostajemy?
-Do południa, potem ojciec wraca…
-I co? – skrzywiłem się
-Nie wiem co powie na to, że zwagarowaliśmy z lekcji, Frankie
-Ah, no tak.
Gerard z siadu przeszedł w pozycję półleżącą. Jego zakryte podkoszulkiem który wygrzebał nie wiadomo skąd ciało osunęło się, zmuszając bym przeniósł swoją głowę z kolan, na brzuch chłopaka.
-Jak wrócę do domu, to będę mieć przejebane… -przypomniałem sobie.
-Rozmawialiśmy o tym. Wszystko będzie dobrze. – Gee próbował mnie pocieszyć głaszcząc równocześnie kark.
-Nie jestem tego taki pewien. – powrót do rzeczywistości rozpoczął się później niż myślałem, jednak i tak byłem cholernie zawiedziony, że takowa nadal istnieje. Wolałbym pozostać w tym miejscu rozkoszując się obecnością Gerarda, wmawiając sobie, że nikt nie czeka na mnie we własnym domu.
-Jeśli cokolwiek poszłoby nie tak, możesz zawsze do mnie zadzwonić. – palce chłopaka powędrowały pod moją koszulkę przyjemnie gładząc mnie po plecach.
-Mhm… - zamruczałem niczym kot – mięciutki jesteś – uśmiechnąłem się wtulając w Czarnowłosego. Za wszelką cenę starałem się uniknąć tematu, chociaż miałem świadomość, że zadziała to tylko przez chwilkę.
-Ha ha – Gee opuścił dłoń i nachylił ponownie zmuszając mnie do siadu. Sięgnął po puszkę coli. Po chwili ja zrobiłem to samo i gdy uraczyłem się pierwszym łykiem, zrozumiałem jak dawno nie miałem żadnego płynu w ustach. –Ohh… - westchnąłem.
-To co robimy? –chłopak zarzucił nogę na nogę i nonszalancko upił odrobinę coca-coli którą zgrabnie trzymał swoimi długimi palcami.
-Nie wiem, masz coś do czytania? Widziałem sporo komiksów…
-Chcesz obejrzeć?
-Tak! Byłoby super! –podekscytowałem się jak dziecko prawie wylewając zawartość puszki -Ja mogę po coś pójść jak chcesz – zadeklarowałem stając do pionu.
-Jak tam sobie chcesz, poczekam – Gerard wyciągnął w moją stronę wolną dłoń. Nachyliłem się i po chwili otrzymałem subtelnego buziaka smakującego porankiem zmieszanym z chłodną coca-colą. Popędziłem na górę z zamiarem przyniesienia egzemplarzy na które zwróciłem uwagę, gdy wstawałem z łóżka. 
Leżały porozrzucane niedbale na szafce nocnej czekając aż ktoś po nie sięgnie. Tak naprawdę obojętny był mi sposób spędzenia wolnego czasu z chłopakiem, jednak ten wydawał się całkiem kuszący. Po dwunastej opuszczę mieszkanie, by przez dwie godziny maszerować do domu na spotkanie z wkurwionymi rodzicami. Lepiej dobrze wykorzystać czas który nam pozostał.


Przeszedłem obok drzwi prowadzących do łazienki przypominając sobie o potrzebie wymycia własnego ciała. Kurwa po tych nocnych akrobacjach musiałem śmierdzieć niczym małpia klatka w zoo. Przeszedłem powoli przez korytarz gdy nagle uderzyła mnie znana melodia. 20 Eyes zespołu Misfits, stłumione drewnianą deską określaną jako drzwi. Drzwi prowadzące do pokoju Mikey’ego. 

5 komentarzy:

  1. Aww, ta wyobrażona notatka mnie totalnie rozbroiła :D. Ta końcówka zresztą też! Ogółem to był bardzo fajny rozdział i czekam na następny! :3

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział świetny jak zawsze, czekam oczywiście na następny :3 Kocham to i Ciebie za to, że to piszesz!

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej ho!
    Dziś odkryłam ten fantastyczny blog i przeczytałam wszystkie rozdziały za jednym zamachem. Bardzo podoba mi się Twój styl, jest taki miły i przyjemny. ;D Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału.
    Życzę dużo weny i pozdrawiam. ;)
    x.o.x.o.

    OdpowiedzUsuń
  4. Super rozdział <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Przeczytałam wszystkie rozdziały i chce więcej, więcej, więcej! Dano nie widziałam takiego ff o frerardzie, który aż tak by mnie zainteresował :> Masz świetną wyobraźnie, haha

    OdpowiedzUsuń