Dłuższy niż poprzedni, tadam! Bez zbędnego gadania, odsyłam do czytania ( i komentowania)
Reckless Ghost xx
***
Leżeliśmy wtuleni w
siebie jeszcze przez jakiś czas. Żaden z nas nie odezwał się ani słowem, by nie
zakłócić spokoju, by nie zniszczyć tej aury, nie odebrać nam ostatnich
wspólnych chwil. Jeszcze tego samego dnia miałem udać się do szkoły by zaliczyć
sprawdziany o których dowiedziałbym się wchodząc do klasy. Na pewno były jakieś
sprawdziany. Kartkówki, testy czy zadania sprawdzające. Zawsze kurwa były i
zaskakiwało mnie to za każdym razem. Zmuszony by przerwać jedne z najmilszych
chwil w moim życiu, będę musiał stawić czoła szkolnej rzeczywistości. Pewnie
jak zwykle postaram się olewać natrętów z klasy, wymuszając jedynie uśmiech
kierowany do mojego jedynego przyjaciela. Andy był zapewne zbyt zajęty swoją
cizią i nawet nie zauważyłby tej istotnej zmiany w moim zachowaniu. Pałałem
teraz niechęcią do całego społeczeństwa. Nawet do tego zwariowanego głupka z
którym spędzałem każdą chwilę od kiedy poznaliśmy się w IV klasie.
W tym momencie czułem,
że bez Waya nie dam rady. Wiem, że to głupie i zachowywałem się jak zakochana
nastolatka, ale chyba właśnie kimś takim w tym momencie byłem. Może nie
dosłownie ‘zakochaną nastolatką’, ale po prostu zauroczonym szczeniakiem.
Gerard miał własne
problemy które były górą lodową przy kupce topniejącego śniegu, jakimi zdawały
się być moje. Jego babcia zmarła nagle co było ciosem dla całej rodziny Wayów. Gee
jednak nie wspomniał o tym od momentu gdy wciągnął mnie do auta uprzedniego
dnia. Sądzę, że nie chciał mnie tym dołować ale równocześnie sam próbował
odciągać swoje myśli od tej strasznej tragedii. Uprawialiśmy seks do cholery jasnej,
zabawialiśmy się zapominając o bożym świecie, kiedy inni domownicy pałętali się
niczym zbłąkane dusze szukając zapomnienia w stosowniejszych zajęciach. W tym
momencie zdałem sobie sprawę, że gdy leżałem z twarzą przyciśniętą do chłodnego
prześcieradła rozkoszując się chwilą, rodzina mojego chłopaka przebywała w
niewielkiej odległości, pozbawiona prądu z możliwością wsłuchiwania się jedynie
w stukające o parapety krople deszczu i grzmoty lub swoje wzajemne głosy.
Kolejną opcją były niezduszone jęki wydawane przeze mnie i Gerarda. Przez moje
ciało przeszedł dreszcz obrzydzenia. Skrzywiłem się nachylając nad łóżkiem. Zachowywaliśmy
się jak cholerni ignoranci. Kurwa.
Poskładałem pościel
która nieczysta po naszych nocnych gierkach miała zaraz wylądować w koszu na
pranie, albo nawet i od razu w pralce. Gerard chciał dopilnować, by wszystko
wydawało się w jak najlepszym porządku. Po jego minie wywnioskowałem, że
denerwuje się ewentualnym niepowodzeniem. Pierwsza osoba która się do nas
przypieprzy, gdy postanowimy opuścić pomieszczenie to Mikey. Jak się
zorientowałem, jego pokój znajdował się zaraz za zachodnią ścianą pomieszczenia
w którym spędziłem noc z jego bratem. Jeśli nie założył na uszy słuchawek, lub
po prostu nie zasnął pewnikiem było, że o wszystkim wie. Albo się domyśla.
Jestem w jego oczach skończony zupełnie jak Gerard. Teraz znajdowaliśmy się na
tym samym poziomie. Dwa pedały, dziwaki stąpające nie wiadomo jakim prawem po
tej boskiej ziemi, stworzonej na potrzeby osobników heteroseksualnych. Mogę
zapomnieć o spotkaniu z Rayem i Mattem. Mikey mnie do nich nie dopuści i pewnie
sam będzie trzymać się ode mnie z daleka. Myślałem, że znalazłem paczkę dla
siebie. Ludzi z podobnymi gustami z którymi mógłbym spędzić czas. Była przecież
nadzieja że i Gee do nich dołączy. Moglibyśmy razem przesiadywać na poddaszu u
Matta i pogrywać na instrumentach znane kawałki a może i nawet wymyślać coś
własnego. Przez głowę przeszła mi szalona myśl jakobyśmy mieli stanowić rockowy
zespół. Zaśmiałem się kryjąc twarz w dłoni.
-Co ci tak wesoło? –
Gerard spojrzał na mnie z ukosa marszcząc brwi. Coraz bardziej się denerwował,
zupełnie jak ja.
-Wyobraźnia mnie
zaskakuje. Hej, Gee, umiesz śpiewać? –zaśmiałem się wyobrażając sobie popisy
wokalne czarnowłosego przy czym zgarnąłem starannie poskładaną pościel z
materaca. Zostało na nim tylko rozmemłane prześcieradło na którym pozostały niewielkie
plamki krwi i pożółkłego płynu. Dopiero teraz to zauważyłem, dopiero w tym
momencie zorientowałem się, że krwawiłem. Rozdziawiłem usta w lekkim szoku znów przypominając sobie o piekącym bólu, który starałem się ignorować od pobudki. Gerard zauważył
moje zmieszanie, więc szybko zerwał materiał zwijając go w dłoniach jak na
szpuli. Pech chciał, że krew nieznacznie przesiąkła i splamiła lewy dolny róg
materaca.
-Ja pierdole –
skwitowałem wpatrując się w centymetrową kropkę którą starałem równocześnie
wymazać siłą umysłu. Coś mi to kurde nie wychodziło. Gerard zaśmiał się cicho
rozładowując poniekąd napięcie, okrążył łóżko i odebrał ode mnie lekką kołdrę
wraz z poduszkami. Swoją drogą jego tors nadal był nagi, raził bladością i
przypominał o przyjemnych doznaniach związanych z naszym stosunkiem. Sądzę, że
teraz wszystko będzie mi o tym przypominać, każdy jego intymniejszy gest czy
spojrzenie kryjące w sobie nutkę pożądania, będzie dla mnie skokiem w przeszłość
do nocy w której straciłem jebane dziewictwo. Chłopak odwrócił się stąpając w
stronę drzwi. Klapnąłem na łóżko tracąc poczucie stałości lądu na którym się uprzednio
znajdowałem. Wpatrywałem się w jego nagie plecy, czarne jak smoła włosy
plączące się lekko na karku i nieznacznie zaokrąglone biodra na których
zaciśnięta została gumka dresowych, ciemnych spodni. I to wszystko moje. On
jest mój.
-Zobaczę czy ktoś jest
na chacie, okay? – chłopak odwrócił się w moją stronę łapiąc klamkę wolną
dłonią. Oprzytomniałem i gwałtownie pokiwałem głową na znak zrozumienia.
-Spoko – oparłem się
dłońmi o materac przyjmując niezwykle wyluzowaną jak na mój gust pozę. –Mógłbyś
też przynieść coś do żarcia. – posłałem mu słodki proszący uśmiech, mając
nadzieję, że spełni moją prośbę.
-A ty w tym czasie
mógłbyś się ubrać. Mnie tam twoje nagie ciało nie przeszkadza alee… - Way
zacisnął zęby i syknął w pełen komizmu sposób, dając mi do zrozumienia, ze o
czymś wyraźnie zapomniałem. –Weź coś z mojej szafy. – zakończył po czym wyszedł
za drzwi.
Szczerze mówiąc z
początku nie przeszkadzało mi to, że paradowałem przed nim nago. Czułem się jak
u siebie, jakbym przebywał z osobą która zna moje ciało na tyle, by nie oplatać
go wzrokiem za każdym razem gdy mignie mu przed oczami. Tak, tak to sobie
tłumaczyłem. W gruncie rzeczy po prostu nie zadbałem o to by coś na siebie
włożyć. Byłem również zaabsorbowany istotniejszymi sprawami, jak doprowadzenie
sypialni Waya do porządku.
Gdy Gerard całkowicie
zniknął mi z oczu od razu podbiegłem do jego szafy by poszukać czegoś do
ubrania. Gdzieś tam na dole piętrzyły się moje świeżo wyprane łachy. Wolałem
jednak nie wylatywać z gołą dupą w razie gdyby ta niezmącona cisza ogarniająca
dom, okazała się złudna. Rozsunąłem trzy-skrzydłowe drzwiczki które złożyły się
po lewej stronie dając mi pełen dostęp do garderoby Gerarda. Złapałem palcami
materiał z którego składała się czarna, elegancka przygotowana prawdopodobnie
na pogrzeb marynarka. Przejechałem po wszystkich wieszakach zauważając, że większość
ubrań Waya to czarne bluzy, t-shirty czy też koszule. Między nimi dojrzałem coś
czerwonego, a za tym czymś rękaw białej koszuli który zaginał się na rogu
polarowej, granatowej bluzy. Zerknąłem w bok, by znaleźć stertę koszulek
piętrzących się na jednej z kilku pionowo ustawionych półek. Sięgnąłem po
pierwszą lepszą, trafiając na szary t-shirt z Batmanem i Robinem. Uśmiechnąłem
się. Jedne z moich ulubionych postaci z DC Comics. Przełożyłem zwiewny materiał
przez głowę i zerknąłem w niewielkie lustro wiszące przy rogu ściany. Za duża.
Jak zwykle. Byłem niski, drobny, blady i łatwo było mnie zgubić w tłumie, albo pomylić
z wampirem.- przez jedno spojrzenie wystawiłem recenzję swojego ogólnego
wyglądu. Gerard był ode mnie wyższy, masywniejszy ale tak samo chorobliwie
blady. Dodawało mu to niespotykanego uroku i tajemniczości kojarzonej z typem
artysty, którym definitywnie był. Spojrzałem
na swoje nagie, chude jak patyki nogi i zwisającego między nimi członka. Gdzie
do cholery jasnej są moje gacie. To znaczy, te które wczoraj miałem na sobie…
Zostawiłem szafę
otwartą i rozejrzałem się po podłodze. Dostrzegłem długopis o który prawie się wyrżnąłem
w nocy. Spowodowało to kolejny uśmiech który od razu rozweselił całą moją
twarz. Schyliłem się zaglądając pod łóżko. Wśród kurzu i szczelnie zapakowanych
kolekcjonerskich zabawek dostrzegłem kawałek materiału. Sięgnąłem po niego
wyciągając rękę najmocniej jak potrafiłem i zgarnąłem zgubę, wraz z kilkoma
papierkami, które stanowiły resztki opakowań po ciasteczkach. Co za bałaganiarz.
Gdy mój tyłek, jak i również
nogi były już zabezpieczone przed spojrzeniami ewentualnych świadków, pająków czyhających
na ścianach czy też much latających przy oknach, postanowiłem wyjść z twierdzy
w której się ukrywałem. Dotarłem do drzwi i przy okazji wziąłem kolczyk leżący
na komodzie tuż przy nich. Zapomniałbym o tym, a tak to sprawię przyjemną
niespodziankę Gerardowi.
Włożyłem kolczyk na
miejsce i ruszyłem w stronę schodów. W domu panowała grobowa cisza, przerywana
jedynie moimi krokami. Stąpałem ostrożnie, by deski za głośno nie skrzypiały.
Jakoś nie zbyt chciałem psuć tej ciszy, zakłócać spokoju. Taka atmosfera
pasowała mi do miejsca w którym żyje Way. W takim mieszkaniu chciałbym przebywać
na co dzień. Klimat w moim własnym był zupełnie inny. W powietrzu gromadziło
się napięcie zwiastujące kolejne kłótnie czy też po prostu nieprzyjacielskie
wymiany zdań. Jedynie z matką czasem od tak rozmawiałem, zwierzałem się
odkrywając część siebie niestety nadal pozostając
dla rodzicielki niezwykle tajemniczym.
Złapałem dłonią
balustrady i zwróciłem się w stronę schodów. Nagle usłyszałem coś jakby
obijające się o siebie plastikowe butelki, do których dźwięku dołączyło po chwili
rozbijane szkło. W tym momencie do moich uszu doszło również głośne
przekleństwo które wydobyło się z ust wkurwionego Gerarda.
Zbiegłem truchtem po
schodach po czym skierowałem się przed siebie, do kuchni. Chciałem dokładnie przeszukać
wszystkie pomieszczenia, tak na wszelki wypadek. Rozejrzałem się zauważając
jedynie dwie puszki coca-coli i karton świeżego mleka leżące na stole. Po
chwili moją uwagę przykuła karteczka przyczepiona magnesem do lodówki. ‘Musiałam
jechać do pracy, przeproś ode mnie Franka. Macie tu coś na śniadanie – mama’
Odetchnąłem po tym jak przez kilka sekund nieświadomie wstrzymywałem powietrze.
Czyżbym bał się, że wiadomość będzie brzmieć inaczej? Przez chwilkę podejrzewałem
w jej miejscu krótką notkę na którą składałoby się jedno zdanie: ‘Następnym
razem pieprzcie się ciszej- Kochający Rodzice i zdegustowany Mikey’. Moja
cholerna wyobraźnia nie zna granic, poważnie.
Zaśmiałem się w duchu
z własnej głupoty i przez salon przeszedłem pod drzwi znajdujących się obok
wyjściowych. Usłyszałem zza nich dźwięk wirującej pralki, co wskazywało na
obecność mojego chłopaka w tym miejscu. Mój chłopak – lubię tak o nim myśleć.
Daje mi to poczucie przynależności do czegoś ważniejszego, w tym przypadku do
związku wyjątkowego jak żaden inny. Związku który wykraczał po za granice
ludzkiego światopoglądu gdzie pary stanowili zazwyczaj kobieta i mężczyzna. W
tej chwili poczułem się wyjątkowo nie przez sam fakt łamania zasad, a jako mały
punk czerpałem z tego wielką przyjemność, a przez świadomość tego, jak
cudownym, odmiennym człowiekiem jest mój partner.
Otworzyłem ciężkie
drewniane drzwi i zszedłem kilka stopni w dół po nielakierowanych schodkach. W
rozświetlonej niewielką żarówką piwnicy stał Gerard, a może raczej modlił się
nad pralką. Stawiłem krok na betonowej, zimnej podłodze i rozejrzałem się
dokoła. Niewielka piwnica z regałem na przetwory i dwoma pralkami z których
jedna wyglądała na nieużywaną od lat. Przy piwnicznym okienku piętrzyło się
kilka zakurzonych rowerów i poustawiane w niewielką wieżyczkę pudła po domowych
sprzętach.
-To jak kotek, dom
jest pusty? –zapytałem nagle tonem w którym kryła się udawana, niemal teatralnie
podkreślona zmysłowość. Chłopak odskoczył od pralki i spojrzał na mnie
speszony. Chyba przerwałem mu jakąś chwilę samotnej kontemplacji.
-Jezu, Frank… - Gerard
zacisnął powieki i marszcząc nos złapał się za niego opuszkami palców. –Przestraszyłeś
mnie idioto – prychnął po czym skierował się w moim kierunku. Na ramiona
narzucony miał szlafrok czego wcześniej nie zauważyłem.
-Sorki? – uśmiechnąłem
się przepraszająco.
-Tak, dom jest pusty –
Czarnowłosy oparł się o mnie i złapał dłońmi za plecy przyciągając bliżej
siebie. –przynajmniej tak sądzę… -szepnął mi do ucha zastygając w bezruchu na
większą chwilkę. Poczułem jak pot gromadzi się na moich skroniach. Jak to, ‘przynajmniej
tak sądzę’? Spojrzałem na niego zbaraniały nie wiedząc jak powinienem w tej
chwili zareagować. Byłem zbyt nerwowy, to na pewno.
-Zapomnij – chłopak włożył
nos w zagłębienie mojej szyi oddychając ciężko. Stłumionym przez moje ciało
głosem dodał – To tylko moje urojenia, nie spinaj się Frankie – na te słowa i
zdrobnienie własnego imienia rozluźniłem się nieco, nadal pozostając jednak
podejrzliwym. Nie znam się na przeczuciach czarnowłosego, nie mam pojęcia jak
często to urojenia okazują się prawdą, więc w tym momencie nie mogłem
jednoznacznie orzec, czy chłopakowi się zdawało a dom jest całkowicie pusty.
-Głodny? – Gerard wsunął
swoje palce w moją luźno zwisającą przy pasie dłoń. Nie słysząc odpowiedzi
zaczął prowadzić mnie niczym dziecko w
górę schodów.
-No mówiłem, że chce
mi się jeść – odparłem przewracając oczami. Podreptałem za chłopakiem by nie wypuścic jego dłoni ze swojej.
Rozsiedliśmy się na
kanapie w salonie z miskami płatków, stawiając uprzednio puszki z napojem na
stoliku do kawy. Gerard włączył telewizor i zabrał się za jedzenie patrząc
głupio w ekran. Zgapiłem to po nim kończąc swoją porcję kilka chwil po tym gdy
on odstawił pustą miskę na blat. Z pustymi rękoma przysunąłem się bliżej niego
po czym położyłem się niepewnie na jego kolana. Opadłem miękko wyczuwając pod
uchem leciutkie wybrzuszenie, nie wskazujące na ewentualne podniecenie. Skuliłem
się i złapałem palcami za jego podbródek by skierować twarz czarnowłosego na swoją osobę. Gerard
ocknął się wraz z moim dotykiem i uśmiechnął ciepło odpowiadając na mój
rozweselony wyraz twarzy.
-Powinniśmy zbierać
się do szkoły – odparł poważnie.
-Eeeee – odpowiedziałem
serią sprzeciwiających się odgłosów.
-Franku Iero, musisz
się uczyć i zdobywać dobre oceny, bo
inaczej szlaban na miesiąc. – dodał jeszcze bardziej poważnie nie wytrzymując
jednak mojego proszącego spojrzenia i wydętych w smutnym grymasie warg.
Wybuchliśmy śmiechem równocześnie. Chłopak skulił się nachylając nade mną a ja
z nosem w materiale jego koszulki próbowałem opanować salwy śmiechu.
-Możemy zostać jeśli
chcesz, ale nie wiem co na to twoi rodzice – Gerard opanował się chwilę później
by wznowić rozmowę.
-W dupie to mam –
prychnąłem i złapałem chłopaka po czym
wsunąłem dłonie za jego plecy i splotłem ze sobą palce tak, że w tym momencie nie dałby
rady mi uciec. –Czyli zostajemy?
-Do południa, potem
ojciec wraca…
-I co? – skrzywiłem
się
-Nie wiem co powie na
to, że zwagarowaliśmy z lekcji, Frankie
-Ah, no tak.
Gerard z siadu
przeszedł w pozycję półleżącą. Jego zakryte podkoszulkiem który wygrzebał nie
wiadomo skąd ciało osunęło się, zmuszając bym przeniósł swoją głowę z kolan, na
brzuch chłopaka.
-Jak wrócę do domu, to
będę mieć przejebane… -przypomniałem sobie.
-Rozmawialiśmy o tym.
Wszystko będzie dobrze. – Gee próbował mnie pocieszyć głaszcząc równocześnie
kark.
-Nie jestem tego taki
pewien. – powrót do rzeczywistości rozpoczął się później niż myślałem, jednak i
tak byłem cholernie zawiedziony, że takowa nadal istnieje. Wolałbym pozostać w
tym miejscu rozkoszując się obecnością Gerarda, wmawiając sobie, że nikt nie
czeka na mnie we własnym domu.
-Jeśli cokolwiek
poszłoby nie tak, możesz zawsze do mnie zadzwonić. – palce chłopaka powędrowały
pod moją koszulkę przyjemnie gładząc mnie po plecach.
-Mhm… - zamruczałem
niczym kot – mięciutki jesteś – uśmiechnąłem się wtulając w Czarnowłosego. Za
wszelką cenę starałem się uniknąć tematu, chociaż miałem świadomość, że
zadziała to tylko przez chwilkę.
-Ha ha – Gee opuścił
dłoń i nachylił ponownie zmuszając mnie do siadu. Sięgnął po puszkę coli. Po
chwili ja zrobiłem to samo i gdy uraczyłem się pierwszym łykiem, zrozumiałem
jak dawno nie miałem żadnego płynu w ustach. –Ohh… - westchnąłem.
-To co robimy? –chłopak
zarzucił nogę na nogę i nonszalancko upił odrobinę coca-coli którą zgrabnie
trzymał swoimi długimi palcami.
-Nie wiem, masz coś do
czytania? Widziałem sporo komiksów…
-Chcesz obejrzeć?
-Tak! Byłoby super! –podekscytowałem
się jak dziecko prawie wylewając zawartość puszki -Ja mogę po coś pójść jak
chcesz – zadeklarowałem stając do pionu.
-Jak tam sobie chcesz,
poczekam – Gerard wyciągnął w moją stronę wolną dłoń. Nachyliłem się i po
chwili otrzymałem subtelnego buziaka smakującego porankiem zmieszanym z chłodną
coca-colą. Popędziłem na górę z zamiarem przyniesienia egzemplarzy na które
zwróciłem uwagę, gdy wstawałem z łóżka.
Leżały porozrzucane niedbale na szafce
nocnej czekając aż ktoś po nie sięgnie. Tak naprawdę obojętny był mi sposób
spędzenia wolnego czasu z chłopakiem, jednak ten wydawał się całkiem kuszący.
Po dwunastej opuszczę mieszkanie, by przez dwie godziny maszerować do domu na
spotkanie z wkurwionymi rodzicami. Lepiej dobrze wykorzystać czas który nam
pozostał.
Przeszedłem obok drzwi
prowadzących do łazienki przypominając sobie o potrzebie wymycia własnego
ciała. Kurwa po tych nocnych akrobacjach musiałem śmierdzieć niczym małpia
klatka w zoo. Przeszedłem powoli przez korytarz gdy nagle uderzyła mnie znana
melodia. 20 Eyes zespołu Misfits, stłumione drewnianą deską określaną jako
drzwi. Drzwi prowadzące do pokoju Mikey’ego.
Aww, ta wyobrażona notatka mnie totalnie rozbroiła :D. Ta końcówka zresztą też! Ogółem to był bardzo fajny rozdział i czekam na następny! :3
OdpowiedzUsuńRozdział świetny jak zawsze, czekam oczywiście na następny :3 Kocham to i Ciebie za to, że to piszesz!
OdpowiedzUsuńHej ho!
OdpowiedzUsuńDziś odkryłam ten fantastyczny blog i przeczytałam wszystkie rozdziały za jednym zamachem. Bardzo podoba mi się Twój styl, jest taki miły i przyjemny. ;D Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału.
Życzę dużo weny i pozdrawiam. ;)
x.o.x.o.
Super rozdział <3
OdpowiedzUsuńPrzeczytałam wszystkie rozdziały i chce więcej, więcej, więcej! Dano nie widziałam takiego ff o frerardzie, który aż tak by mnie zainteresował :> Masz świetną wyobraźnie, haha
OdpowiedzUsuń