Wakacje się kończą i myślę, że ten frerard wraz z nimi również się skończy. Nie martwcie się (!!!) przypominam o tym, że zaraz po zakończeniu na blogu pojawi się kolejne opowiadanie ;)
Zachęcam do komentowania, które bardzo mnie motywuje do dalszego pisania
dedykuję wszystkim z którymi dzisiaj sms-owałam :]]]
Pozdrawiam, Reckless Ghost x (freak)
***
-On? –spojrzał na mnie przez grube szkła swoich okularów.
-C-co? – zapytałem trzęsącym się głosem.
-Powiedziałeś, że jest uroczy. On? On jest uroczy, Frank?
Chyba zaraz zwymiotuję. Czy ja naprawdę powiedziałem, że ON
jest uroczy?! Muszę się jakoś wykręcić ale ojciec nie uwierzy w pomyłkę. W nic
nie uwierzy. Będzie dalej stał przy swoim. Teraz ma podstawy żeby mnie
oskarżać. Jedna durna literka. Mój żołądek zacisnął się w ciasny supeł i poczułem,
że nie przełknę nic więcej dziś, ani nigdy. Spojrzałem przed siebie i
napotkałem ciekawskie spojrzenia kobiet. Ciotka uśmiechała się, ale matka
wyraźnie zaniepokojona zerkała na ojca który oddychał coraz ciężej co
wskazywało na to, że zaraz wybuchnie. Nagle bez zastanowienia odsunąłem krzesło
i potykając się o własne nogi wybiegłem z pomieszczenia. Szybko włożyłem buty i
wybiegłem z mieszkania zostawiając rodzinę która teraz już pewnie zaczęła mnie obgadywać.
Teraz wiedzą tylko to, że podoba mi się chłopak. Nie wiedzą natomiast, że
jednego już mam. Gerard. Cholera, jak ja go teraz przyprowadzę na tego grilla u
Petersów? Jak ja się pojawię w domu? Jak zrobię cokolwiek? Moje myśli kłębiły
się i wewnętrznie po prostu krzyczałem. Zacząłem biec wąską uliczką gdy poczułem
krople deszczu spływające na mnie coraz gęściej. Dołączyły do tego moje słone
łzy. Otarłem twarz i biegłem nadal przed siebie. Wyglądałem zapewne jak jakieś
małe głupie dziecko. Tak się też czułem. Gdybym tam został i wszystko
sprostował, to nadal byłoby tajemnicą. Jestem idiotą, cholernym idiotą…
Dobiegłem do jakiejś ławki przy ruchliwszej ulicy i bez
zastanowienia usiadłem na niej. Była mokra ale to nie robiło mi różnicy bo i
tak byłem już całkiem przemoczony. Czułem coraz większe mdłości i opadłem bezsilnie
do tyłu. Woda spływała po moich spuchniętych od płaczu oczu i dawała niewielkie
ukojenie. Gdybym tam został, to ojciec by mnie uderzył. Widziałem jak zaciska
pięści a moje zachowanie wcale go nie uspokajało. Położyłem się na ławce i
załkałem żałośnie. Nie mam gdzie iść, co ze sobą zrobić. Potrzebuję teraz czyiś
ramion, które czule by mnie objęły. Potrzebuję kogoś kto byłby dla mnie
ukojeniem, kto pozwoliłby mi zapomnieć. Potrzebuję jego. Teraz tylko to się
liczy. Gdybym był z Gerardem, nie obchodziłoby mnie zdanie rodziców. Nie obchodziłoby
mnie niczyje zdanie. Byłem cały roztrzęsiony, w samej koszuli kiedy termometr
wskazywał jakieś 15 stopni.
Nagle poczułem jak ktoś dotyka mojego ramienia. Otworzyłem
zaciśnięte do tej pory powieki i zobaczyłem chłopaka o czarnych jak smoła
włosach, przykrywających większą część twarzy. Miał ze sobą parasol i
zauważyłem, że chroni teraz nas obu od deszczu. Usiadłem i przetarłem zapłakane
oczy.
-Gerard? –zapytałem z niedowierzaniem kiedy chłopak odgarnął
włosy z twarzy. Co on tutaj robi?
-Frankie, kochanie przeziębisz się. Wstawaj. – chłopak podał
mi rękę. Zauważyłem że na poboczu stoi jakiś samochód. Zbliżaliśmy się powoli w
jego kierunku. Drżałem nadal jak galareta i z niedowierzaniem spoglądałem na
Gerda.
-Co ty tu robisz? Miałeś być w Georgii… -zacząłem kiedy
usadowił mnie w suchym aucie po czym usiadł obok i zamknął drzwiczki.
-Musieliśmy wcześniej wrócić – powiedział smutno
-Co się stało? – spojrzałem na kobietę za kierownicą i
blondyna siedzącego obok. Oboje milczeli.
-Moja babcia zmarła –powiedział nagle Gerard. Poczułem jak
się łamie. Żal w jego oczach był nieukrywany i wiedziałem, że cała rodzina
przeżywa teraz żałobę. Kurwa, a ja sądziłem, że moje głupie problemy są tak
wielką tragedią. Tego nie można porównać do ich nieszczęścia. Nagle poczułem
się głupio. Chciałem Waya to go dostałem. Błagałem by to on odciągnął mnie od
problemów, od własnych bzdurnych tragedii nie wiedząc, że to jemu przyda się
teraz wsparcie.
Wahałem się przez chwilę ale nie mogłem już znieść jego
żałosnej miny. Dotknąłem dłonią jego ramienia docierając do pleców po czym
zbliżyłem się i przytuliłem go. Nie stawiał oporów, potrzebował teraz tego.
Położyłem głowę na jego ramieniu i przymknąłem zapłakane
oczy. Moja ręka obejmowała go w pasie. Przez całą podróż przytrzymywałem
skrawek jego koszulki palcami nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Gdy już
było mi tak dobrze, bardzo dobrze wiedząc, że mogę mu pomóc, czuć go przy
sobie, przypomniałem sobie, że w aucie nie jesteśmy sami. Otworzyłem przerażony
oczy i odskoczyłem lekko w bok. Spojrzałem na niego, nadal miał tą obojętną
minę. Był przygnębiony ale nie dał tego po sobie poznać. Przez tą obojętność
zapomniał mi przypomnieć o obecności innych ludzi w pojeździe, przez nią nie
zareagował gdy zostawiłem między nami pustą przestrzeń. Gapiłem się na niego z
oczami wielkimi jak u przerażonego szczeniaka i zastanawiałem się, co właściwie
chciałem mu teraz powiedzieć.
-Gerard, gdzie my jedziemy? – przypomniałem sobie. Kąciki
ust chłopaka uniosły się lekko ku górze, ale oczy nadal pozostały puste.
-Gdy cię zobaczyłem na tej ławce, kazałem matce zatrzymać
auto.
-Ekhem
-Nie wiem co ty tam do cholery robiłeś ale sądząc po tym, że
leżałeś na mokrej ławce w taką ulewę, na pewno sam zbytnio o tym nie myślałeś.
– przejechał językiem po dolnej wardze -Teraz jedziemy do mnie, Frank. –dodał
stanowczo i oparł się wygodniej na skórzanym siedzeniu.
-D-do ciebie? – wydukałem. Jego babcia zmarła, wrócili do
miasta więc myślałem, że są zajęci pogrzebem.
-Chłopie, mój brat nalegał żeby cię zabrać. – Mikey odwrócił
się do nas.
-Myślałem, że wysadzicie mnie gdzieś po drodze. –odparłem.
Tak naprawdę to w ogóle nie myślałem. Gdy Gerard prowadził mnie do auta w mojej
głowie tkwił taki bałagan, że chłopak mógł mnie nawet uprowadzić i zamknąć w
swojej piwnicy a ja bym tego nie zauważył.
-Gerd nigdy by na to nie pozwolił – Mikey zaśmiał się i
wrócił do poprzedniej pozycji.
-Gee, ty masz teraz tyle swoich problemów. Naprawdę nie
sądzę by to był dobry pomysł. - nie myśląc odgarnąłem opadający na jego twarz
kosmyk. Kurwa.
-Pogrzeb jest za dwa dni, Frankie.
-Przeżywacie teraz żałobę, ja, ja nawet nie wiem jak mam się
w takiej sytuacji zachować. Pani Way, mogłaby mnie pani wysadzić? – założyłem
że kierowca, to matka braci. Czułem się tak niezręcznie w tej sytuacji, że to
było jedyne na co wpadłem. Zostawić ich. Powinni być w gronie rodziny, czułem,
że tylko bym przeszkadzał. Przecież ja nie zrozumiem ich smutku, nie znałem tej
kobiety. Cholera, przecież jeszcze niedawno Gerard mówił mi o niej. To chyba o
nią chodzi, tak sądzę ale… Poczułem uścisk w żołądku i to, że Way siedział tuż
koło mnie wcale nie pomagało. Właściwie niemal stykaliśmy się udami, najwyraźniej
nie uciekłem wystarczająco daleko.
-Frank, gdzie są twoi rodzice? – zapytała kobieta. Zupełnie
zapomniałem, że coś do niej mówiłem, tak bardzo się zamyśliłem.
-Są u mojej ciotki, proszę pani. Trochę się posprzeczaliśmy
– przerwałem – ale poradzę sobie, naprawdę. Tu zaraz powinien być przystanek,
dojadę do domu autobusem – zmyśliłem na poczekaniu. Tak naprawdę nie liczyło
się dla mnie to jak dostanę się do domu, ani czy w ogóle tam pojadę. Chciałem
pozbyć się tego dziwnego uczucia w żołądku, uciec od niezręcznej atmosfery jaka
panowała w aucie.
-Rozumiem, rozumiem – kobieta pokiwała chwilę głową, jakby
nad czymś myślała. – Jesteś całkiem przemoczony i skoro już uciekłeś od
rodziców to daj sobie pomóc. Przygotuję ci jakieś suche ubrania i posiedzisz
trochę z Gerardem.
Nagle poczułem że ktoś łapie mnie za dłoń. Spojrzałem na
chłopaka siedzącego obok.
-Frankie… - pogładził palcem wierzch mojej dłoni – wiem, że
to dla ciebie niezręczne ale naprawdę jest okej. Po za tym – szepnął – mojej
mamie się nie odmawia – momentalnie zbliżyłem się do niego a ten posłał mi
uśmiech i puścił oczko.
-Jesteś pewien? –zapytałem, nie wiem dlaczego, szeptem.
-Całkowicie – odparł a ja odetchnąłem z ulgą.
-W takim razie zgoda – odparłem do kobiety i rozluźniłem się
odrobinę. Gerard nadal nie puszczał mojej dłoni ale ja nie protestowałem.
Ulewny wcześniej deszcz przeszedł w mżawkę a zza chmur zaczęło wyłaniać się
słońce. Auto skręciło z autostrady na dwupasmową drogę przy której piętrzyły
się ceglane budynki. Zbliżaliśmy się do celu.
To jest boskie *______* Ja chcę więcej, NOW :'))))
OdpowiedzUsuńkc normalnie za to
OdpowiedzUsuńBrak pomysłu na komentarz...
OdpowiedzUsuńFajny rozdział, życzę weny na kolejny :3. *się rymneło*
-Koralina Mabbitt
Supcio jest, aww trzymanie za łapska takie urocze, no wiesz że kocham to opowiadanie ;-;
OdpowiedzUsuń/edzio
No, pisałam Ci wczoraj, że czytam rozdziała, ale jakoś nie miałam ochoty na komentowanie czegokolwiek xd No, ale jestem dzisiaj xd
OdpowiedzUsuńNo to co...no fajnie. Franio uciekł no i pewnie czeka go potem rozmowa z rodzicami...ciekawi mnie, jak się ona skończy i do jakiego wniosku dojdą.
No a tera spędzą sobie z Gredziem trochę czasu. Szkoda, że babcia Gee zmarła ;-; Pewnie mu smutno.
No dobra, nie pozostaje mi nic innego, niż się pożegnać i powiedzieć, że czekam na następny. :)
Życzę weny, szczęścia i czego sobie życzysz ♥
Papatki ;*
Po 1 to czytałam to z takim przejęciem, że nawet nie wiem kiedy to skończyłam. Po drugie to jest świetne, kocham to. ;-; Jak skończysz to nie wiem co zrobie ze swoim życiem. :):) Dawaj nowe bo ja nie wytrzymam :):) Kocham Cie za to opowiadanie! Pozdrawiam (wellcarryonn) :3
OdpowiedzUsuń