czwartek, 14 sierpnia 2014

10. Take my hand

Wakacje się kończą i myślę, że ten frerard wraz z nimi również się skończy. Nie martwcie się (!!!) przypominam o tym, że zaraz po zakończeniu na blogu pojawi się kolejne opowiadanie ;)

Zachęcam do komentowania, które bardzo mnie motywuje do dalszego pisania 

dedykuję wszystkim z którymi dzisiaj sms-owałam :]]]

Pozdrawiam, Reckless Ghost x (freak) 

*** 

-On? –spojrzał na mnie przez grube szkła swoich okularów.
-C-co? – zapytałem trzęsącym się głosem.
-Powiedziałeś, że jest uroczy. On? On jest uroczy, Frank?

Chyba zaraz zwymiotuję. Czy ja naprawdę powiedziałem, że ON jest uroczy?! Muszę się jakoś wykręcić ale ojciec nie uwierzy w pomyłkę. W nic nie uwierzy. Będzie dalej stał przy swoim. Teraz ma podstawy żeby mnie oskarżać. Jedna durna literka. Mój żołądek zacisnął się w ciasny supeł i poczułem, że nie przełknę nic więcej dziś, ani nigdy. Spojrzałem przed siebie i napotkałem ciekawskie spojrzenia kobiet. Ciotka uśmiechała się, ale matka wyraźnie zaniepokojona zerkała na ojca który oddychał coraz ciężej co wskazywało na to, że zaraz wybuchnie. Nagle bez zastanowienia odsunąłem krzesło i potykając się o własne nogi wybiegłem z pomieszczenia. Szybko włożyłem buty i wybiegłem z mieszkania zostawiając rodzinę która teraz już pewnie zaczęła mnie obgadywać. Teraz wiedzą tylko to, że podoba mi się chłopak. Nie wiedzą natomiast, że jednego już mam. Gerard. Cholera, jak ja go teraz przyprowadzę na tego grilla u Petersów? Jak ja się pojawię w domu? Jak zrobię cokolwiek? Moje myśli kłębiły się i wewnętrznie po prostu krzyczałem. Zacząłem biec wąską uliczką gdy poczułem krople deszczu spływające na mnie coraz gęściej. Dołączyły do tego moje słone łzy. Otarłem twarz i biegłem nadal przed siebie. Wyglądałem zapewne jak jakieś małe głupie dziecko. Tak się też czułem. Gdybym tam został i wszystko sprostował, to nadal byłoby tajemnicą. Jestem idiotą, cholernym idiotą…

Dobiegłem do jakiejś ławki przy ruchliwszej ulicy i bez zastanowienia usiadłem na niej. Była mokra ale to nie robiło mi różnicy bo i tak byłem już całkiem przemoczony. Czułem coraz większe mdłości i opadłem bezsilnie do tyłu. Woda spływała po moich spuchniętych od płaczu oczu i dawała niewielkie ukojenie. Gdybym tam został, to ojciec by mnie uderzył. Widziałem jak zaciska pięści a moje zachowanie wcale go nie uspokajało. Położyłem się na ławce i załkałem żałośnie. Nie mam gdzie iść, co ze sobą zrobić. Potrzebuję teraz czyiś ramion, które czule by mnie objęły. Potrzebuję kogoś kto byłby dla mnie ukojeniem, kto pozwoliłby mi zapomnieć. Potrzebuję jego. Teraz tylko to się liczy. Gdybym był z Gerardem, nie obchodziłoby mnie zdanie rodziców. Nie obchodziłoby mnie niczyje zdanie. Byłem cały roztrzęsiony, w samej koszuli kiedy termometr wskazywał jakieś 15 stopni.
Nagle poczułem jak ktoś dotyka mojego ramienia. Otworzyłem zaciśnięte do tej pory powieki i zobaczyłem chłopaka o czarnych jak smoła włosach, przykrywających większą część twarzy. Miał ze sobą parasol i zauważyłem, że chroni teraz nas obu od deszczu. Usiadłem i przetarłem zapłakane oczy.

-Gerard? –zapytałem z niedowierzaniem kiedy chłopak odgarnął włosy z twarzy. Co on tutaj robi?
-Frankie, kochanie przeziębisz się. Wstawaj. – chłopak podał mi rękę. Zauważyłem że na poboczu stoi jakiś samochód. Zbliżaliśmy się powoli w jego kierunku. Drżałem nadal jak galareta i z niedowierzaniem spoglądałem na Gerda.
-Co ty tu robisz? Miałeś być w Georgii… -zacząłem kiedy usadowił mnie w suchym aucie po czym usiadł obok i zamknął drzwiczki.
-Musieliśmy wcześniej wrócić – powiedział smutno
-Co się stało? – spojrzałem na kobietę za kierownicą i blondyna siedzącego obok. Oboje milczeli.
-Moja babcia zmarła –powiedział nagle Gerard. Poczułem jak się łamie. Żal w jego oczach był nieukrywany i wiedziałem, że cała rodzina przeżywa teraz żałobę. Kurwa, a ja sądziłem, że moje głupie problemy są tak wielką tragedią. Tego nie można porównać do ich nieszczęścia. Nagle poczułem się głupio. Chciałem Waya to go dostałem. Błagałem by to on odciągnął mnie od problemów, od własnych bzdurnych tragedii nie wiedząc, że to jemu przyda się teraz wsparcie.
Wahałem się przez chwilę ale nie mogłem już znieść jego żałosnej miny. Dotknąłem dłonią jego ramienia docierając do pleców po czym zbliżyłem się i przytuliłem go. Nie stawiał oporów, potrzebował teraz tego.

Położyłem głowę na jego ramieniu i przymknąłem zapłakane oczy. Moja ręka obejmowała go w pasie. Przez całą podróż przytrzymywałem skrawek jego koszulki palcami nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Gdy już było mi tak dobrze, bardzo dobrze wiedząc, że mogę mu pomóc, czuć go przy sobie, przypomniałem sobie, że w aucie nie jesteśmy sami. Otworzyłem przerażony oczy i odskoczyłem lekko w bok. Spojrzałem na niego, nadal miał tą obojętną minę. Był przygnębiony ale nie dał tego po sobie poznać. Przez tą obojętność zapomniał mi przypomnieć o obecności innych ludzi w pojeździe, przez nią nie zareagował gdy zostawiłem między nami pustą przestrzeń. Gapiłem się na niego z oczami wielkimi jak u przerażonego szczeniaka i zastanawiałem się, co właściwie chciałem mu teraz powiedzieć.
-Gerard, gdzie my jedziemy? – przypomniałem sobie. Kąciki ust chłopaka uniosły się lekko ku górze, ale oczy nadal pozostały puste.
-Gdy cię zobaczyłem na tej ławce, kazałem matce zatrzymać auto.
-Ekhem
-Nie wiem co ty tam do cholery robiłeś ale sądząc po tym, że leżałeś na mokrej ławce w taką ulewę, na pewno sam zbytnio o tym nie myślałeś. – przejechał językiem po dolnej wardze -Teraz jedziemy do mnie, Frank. –dodał stanowczo i oparł się wygodniej na skórzanym siedzeniu.
-D-do ciebie? – wydukałem. Jego babcia zmarła, wrócili do miasta więc myślałem, że są zajęci pogrzebem.
-Chłopie, mój brat nalegał żeby cię zabrać. – Mikey odwrócił się do nas.
-Myślałem, że wysadzicie mnie gdzieś po drodze. –odparłem. Tak naprawdę to w ogóle nie myślałem. Gdy Gerard prowadził mnie do auta w mojej głowie tkwił taki bałagan, że chłopak mógł mnie nawet uprowadzić i zamknąć w swojej piwnicy a ja bym tego nie zauważył.
-Gerd nigdy by na to nie pozwolił – Mikey zaśmiał się i wrócił do poprzedniej pozycji.
-Gee, ty masz teraz tyle swoich problemów. Naprawdę nie sądzę by to był dobry pomysł. - nie myśląc odgarnąłem opadający na jego twarz kosmyk. Kurwa.
-Pogrzeb jest za dwa dni, Frankie.
-Przeżywacie teraz żałobę, ja, ja nawet nie wiem jak mam się w takiej sytuacji zachować. Pani Way, mogłaby mnie pani wysadzić? – założyłem że kierowca, to matka braci. Czułem się tak niezręcznie w tej sytuacji, że to było jedyne na co wpadłem. Zostawić ich. Powinni być w gronie rodziny, czułem, że tylko bym przeszkadzał. Przecież ja nie zrozumiem ich smutku, nie znałem tej kobiety. Cholera, przecież jeszcze niedawno Gerard mówił mi o niej. To chyba o nią chodzi, tak sądzę ale… Poczułem uścisk w żołądku i to, że Way siedział tuż koło mnie wcale nie pomagało. Właściwie niemal stykaliśmy się udami, najwyraźniej nie uciekłem wystarczająco daleko.
-Frank, gdzie są twoi rodzice? – zapytała kobieta. Zupełnie zapomniałem, że coś do niej mówiłem, tak bardzo się zamyśliłem.
-Są u mojej ciotki, proszę pani. Trochę się posprzeczaliśmy – przerwałem – ale poradzę sobie, naprawdę. Tu zaraz powinien być przystanek, dojadę do domu autobusem – zmyśliłem na poczekaniu. Tak naprawdę nie liczyło się dla mnie to jak dostanę się do domu, ani czy w ogóle tam pojadę. Chciałem pozbyć się tego dziwnego uczucia w żołądku, uciec od niezręcznej atmosfery jaka panowała w aucie.  

-Rozumiem, rozumiem – kobieta pokiwała chwilę głową, jakby nad czymś myślała. – Jesteś całkiem przemoczony i skoro już uciekłeś od rodziców to daj sobie pomóc. Przygotuję ci jakieś suche ubrania i posiedzisz trochę z Gerardem.
Nagle poczułem że ktoś łapie mnie za dłoń. Spojrzałem na chłopaka siedzącego obok.
-Frankie… - pogładził palcem wierzch mojej dłoni – wiem, że to dla ciebie niezręczne ale naprawdę jest okej. Po za tym – szepnął – mojej mamie się nie odmawia – momentalnie zbliżyłem się do niego a ten posłał mi uśmiech i puścił oczko.
-Jesteś pewien? –zapytałem, nie wiem dlaczego,  szeptem.  
-Całkowicie – odparł a ja odetchnąłem z ulgą.

-W takim razie zgoda – odparłem do kobiety i rozluźniłem się odrobinę. Gerard nadal nie puszczał mojej dłoni ale ja nie protestowałem. Ulewny wcześniej deszcz przeszedł w mżawkę a zza chmur zaczęło wyłaniać się słońce. Auto skręciło z autostrady na dwupasmową drogę przy której piętrzyły się ceglane budynki. Zbliżaliśmy się do celu. 


6 komentarzy:

  1. To jest boskie *______* Ja chcę więcej, NOW :'))))

    OdpowiedzUsuń
  2. kc normalnie za to

    OdpowiedzUsuń
  3. Brak pomysłu na komentarz...
    Fajny rozdział, życzę weny na kolejny :3. *się rymneło*
    -Koralina Mabbitt

    OdpowiedzUsuń
  4. Supcio jest, aww trzymanie za łapska takie urocze, no wiesz że kocham to opowiadanie ;-;

    /edzio

    OdpowiedzUsuń
  5. No, pisałam Ci wczoraj, że czytam rozdziała, ale jakoś nie miałam ochoty na komentowanie czegokolwiek xd No, ale jestem dzisiaj xd
    No to co...no fajnie. Franio uciekł no i pewnie czeka go potem rozmowa z rodzicami...ciekawi mnie, jak się ona skończy i do jakiego wniosku dojdą.
    No a tera spędzą sobie z Gredziem trochę czasu. Szkoda, że babcia Gee zmarła ;-; Pewnie mu smutno.
    No dobra, nie pozostaje mi nic innego, niż się pożegnać i powiedzieć, że czekam na następny. :)
    Życzę weny, szczęścia i czego sobie życzysz ♥
    Papatki ;*

    OdpowiedzUsuń
  6. Po 1 to czytałam to z takim przejęciem, że nawet nie wiem kiedy to skończyłam. Po drugie to jest świetne, kocham to. ;-; Jak skończysz to nie wiem co zrobie ze swoim życiem. :):) Dawaj nowe bo ja nie wytrzymam :):) Kocham Cie za to opowiadanie! Pozdrawiam (wellcarryonn) :3

    OdpowiedzUsuń